Spory przestój na blogu motywować mogę na kilka sposobów – kończenie pracy magisterskiej, której fragmenty, te najbardziej ciekawe, będę chciała tu opublikować, piękna pogoda za oknem, sporo innych zaległości do nadrobienia i… brak interesujących, według mnie, promocji, okazji dnia i innych takich. Owszem, w mediach społecznościowych było i o Warszawskich Targach Książki, i o kolejnych wydawnictwach, które zdecydowały się na wydawanie e-booków, i o konkursach. Był też jeden zakład.
Dwa tygodnie temu Grzegorz Marczak z Antywebu założył się z Virtualo i YetiPay, że nie sprzeda 1000 e-booków właśnie w tym czasie. Gdyby zakład przegrał, innymi słowy, gdyby sprzedał chociaż wcześniej wspomnianą ich liczbę, musiałby napisać „pochwalny” artykuł i o dystrybutorze książek elektronicznych i o systemie płatności. Dodatkowo, autorzy dwóch najlepszych komentarzy dotyczących zakupu e-booków poprzez widget zamieszczony na Antywebie za pośrednictwem YetiPay, mieli otrzymać nagrody – po iPadzie 2.
Marczak wygrał (w dwa tygodnie udało mu się sprzedać 945 e-książek) i za to otrzymał iPada 3, a dostarczyła mu go urocza blondynka w białym kożuszku i białych kozaczkach (tak sobie zażyczył). Według regulaminu, czytelnicy w tym wypadku mieli dostać figę z makiem, ale dwóch „najlepszych”, w ramach nagrody „pocieszenia”, otrzymało po Kindle’u 4 – moim zdaniem, świetnie.
Wróćmy jednak do samych promocji książkowych, bo to na nich najwięcej skorzystali czytelnicy Antywebu, a przy okazji i e-booków. Niektóre tytuły można było kupić w kuszących cenach – rekordowo e-książki przeceniono o 80%. Sama skusiłam się na jeden, głównie z ciekawości, jak wygląda płatność przez YetiPay. Poszłam po najmniejszej linii oporu i kupiłam „Amerykę zbuntowaną” Domasławskiego za 3,90 zł, która teraz kosztuje w Virtualo 19,20 zł. Co prawda oszczędność spora, ale książkę odłożyłam po paru mrugnięciach stron i pewnie już do niej nie wrócę. Na Antyweb zaglądam dość często, ale przez dwa tygodnie, oprócz artykułów, interesowały mnie też promocje na e-booki. Za każdym razem odchodziłam zawiedziona. Miały być bestsellery – owszem był Job’s, który jednak średnio mnie interesował, ale reszta jakoś też do mnie nie przemawiała. Postanowiłam być ostrożna i pilnować portfela, żeby nie nakupić książek „na zaś”, które potem będą zaśmiecały czytnik tak samo, jak niektóre pozycje z „taniej książki” na Ruskiej czy Oławskiej we Wrocławiu, które do tej pory zalegają na półkach.
Myślę, że to właśnie główny powód tego, że biały kozaczki i kożuszek w Antywebie się pojawiły. Gdyby tytuły były naprawdę chwytliwe, być może więcej osób zacisnęłoby zęby, zamroziło swoje pieniądze w YetiPay i kupowało, kupowało i jeszcze raz kupowało, zwiększając tym samym swoje szanse na iPada?
Podobne przemyślenia nasuwają mi się, kiedy przeglądam codzienne oferty Nexto, Virtualo czy innych dystrybutorów e-booków. Owszem, trafiły mi się prawdziwe „perełki” za śmieszne pieniądze, ale ostatnio mam wrażenie, że czytelnicy dostają drobnicę. I świetnie też, że promocje na e-booki są, bo to napędza rynek, pozwala „spróbować”, jak „smakuje” e-książka, ale nie zaszkodzi chyba od czasu do czasu rzucić coś, co plasuje się w „topach”?
Oczywiście, preferencje czytelnicze mamy różne – dla jednych „Kowboje i obcy” w Nexto za 5,92 zł, czy też Alaska oczami Piotra Kraśki za 4,99 zł w Virtualo, mogą okazać się świetnymi lekturami. Może być też tak, że dzięki akcji Antywebu, która była fajnie przemyślaną promocją zarówno e-booków, jak i Virtualo i YetiPay, niektórzy naprawdę się „obłowili”. Jeśli tak, proszę o podawanie tytułów „zdobyczy” w komentarzach – najwyżej obejdę się smakiem.;)
Dziękuję za przeczytanie wpisu! Jeśli Ci się spodobał, kliknij „Lubię to” lub daj +1!
Faktycznie nie wygraliśmy niestety ale uważamy, że wynik i tak jest bardzo zadowalający. Poza tym, radość czytelników z ich zakupów jest dla nas bardzo ważna a rzeczywiście było w czym wybierać 🙂
No i, co najważniejsze, umożliwiliście wypróbowanie YetiPay, zwłaszcza promocjami typu 3,90 zł za e-booka;) Oby więcej podobnych akcji, bo naprawdę o Was trąbili.
A ja się skusiłam na „Kolekcjonera kości” Jeffery Deavera.
Ja na nic się nie skusiłem, bo nie odpowiada mi firma wysyłająca dziewoję w białych koźlunach i kożuchu by wręczyć redaktorowi Ajdeseczkę.
Niestety ja też obeszłam się smakiem. Postanowiłam, że pierwsze trzeba skończyć książki, które kupiłam kilka miesięcy temu a teraz zalegają mi na półkach. Choć muszę szczerze przyznać, że znalazłam kilka wartościowych tytułów, na które w przyszłości się na pewno skuszę.