Hasło Woblinku brzmi: „Czytanie zdarza się wszędzie”. Po awarii firmy Beyond, która świadczyła Woblinkowi hosting, aż chce się rzec, że zdarza się nie tylko wszędzie, ale i zawsze. W zeszły poniedziałek rano padł nie tylko Woblink, ale i takie serwisy jak natemat.pl, Kwejk czy Wykop. Jedne poradziły sobie lepiej, drugie gorzej, jedne się podniosły, drugie nie mogły, z nie swojej winy. Setki Woblink, który korzystał z usługi „e24cloud”, pozwalającej na trzymanie wszystkiego „w chmurze” ponieść się nie mógł, bo chmura rozpadła się na setki małych chmurek, niektóre się pogubiły, niektóre zniknęły. Woblink nie zniknął.

W czwartek, 7. czerwca, czytelnicy mogli zobaczyć nowego Woblinka. Bez podstron, bez dużej ilości treści, bez panelu do logowania. Aż chciałoby się rzec, bez e-booków. Nic bardziej mylnego – pojawiło się nowe hasło „Always look on the bright side of life!” i nowe zasady. A właściwie brak zasad, tylko głaskanie zniecierpliwionych klientów jak tylko można. A jak zrobić zniecierpliwionemu, ba, nawet sfrustrowanemu klientowi dobrze, jeśli nie poprzez darmowe produkty! Woblink zapowiedział, że rozda 10 tysięcy e-booków, aż wszystkie dane nie zostaną odzyskane,a chmury pozbierane. I słowa dotrzymał. Codziennie można było ściągnąć jakieś e-booki, jeśli tylko miało się szczęście i ktoś nas wcześniej nie ubiegł. Wystarczyło wpisać swojego maila, zapisując się tym samym na newsletter Woblinku. Po tym kroku książki można było ściągać w formatach epub i mobi, ze znakiem wodnym.  Dziś te same książki zobaczyłam na swojej wirtualnej półce w działającej już księgarni.

To jednak jeszcze nie koniec. Od dziś, Woblink, który podniósł się, z pewnością nie po klęsce, a po awarii, której nie dało się, dzięki darmowym e-bookom aż tak odczuć, przybył z Reaktywacją. Reaktywacja to nic innego, jak e-booki. Co prawda już nie za darmo (ale ileż można), ale w cenach niższych o 70%. Dla mnie bomba – przyzwyczaiłam się już nawet do płatności Yeti do tego stopnia, że zaczynam uważać je za niesamowicie wygodne.

Podsumowując, Woblink doskonale poradził sobie z kryzysem, który na pierwszy rzut oka wydawał się nie do przeskoczenia. To tak, jakby w okolicy była jedna piekarnia, w której spłonęła część, w której sprzedawano bułki. Zachowała się tylko ta, w której można było je piec. Jak na złość jednak, spłonęły również niektóre składniki. Zostały te, z których dało się upiec bułki, które był smaczne, jednak nie były w stanie pobić smakiem i chrupkością „tych-najlepszych-na-świecie”. Właściciel piekarni postanowił jednak nie pozbawiać klientów możliwości zjedzenia świeżego pieczywa przed wyjściem do pracy – codziennie dostarczał „trochę-mniej-smaczne-bułki” i obiecywał, że piekarnię odbuduje. Odbudował, dokupił brakujące składniki – najlepsze bułki na świecie znów się sprzedają, do tego trochę taniej, żeby klienci byli jeszcze bardziej zadowoleni, a te jeszcze bardziej smakowały.

To nie bajka – Woblinkowi gratuluję trzymania ręki na pulsie i pomysłowości.

Dziękuję za przeczytanie wpisu! Jeśli Ci się spodobał, kliknij „Lubię to” lub daj +1!