Wszędzie krzyczą, że mamy cyfrową rewolucję, Amazon już nawet pogrzebał książki tradycyjne (te w miękkich okładkach) na rzecz e-booków. Kindle i jego odpowiedniki, również w Polsce, mają chyba tylu samo zwolenników, co przeciwników, a w Chinach już pracują nad kolorową wersją e-papieru. Wszystko wokół zaczyna być „e”. Już nie tylko książki, już nie tylko ich czytniki, ale też kultura jest „e” i autorstwo jest „e”. Czy mamy rewolucję – nie wiem. To, co dzieje się teraz na rynku wydawniczym wolę ostrożnie nazywać ewolucją, czy jak kto woli e-wolucją.

Nie mam pojęcia, jak będzie wyglądał e-świat za półtora roku, wiem jednak, że mniej więcej za tyle będę bronić swojej pracy magisterskiej, poświęconej temu całemu „zamieszaniu”. Jeszcze nie ustaliłam tematu, jeszcze nie wiem na czym skupię się najbardziej, ale myślę, że to kwestia niedługiego czasu.

I właśnie o tym kotle, w którym miesza głównie Amazon, ale też  wydawcy w Polsce i na świecie postaram się tu pisać.