Mija prawie miesiąc od momentu, kiedy paczka z Amazona znalazła się w moich rękach. Kindle na początku nie wzbudził we mnie aż takich emocji. Z braku czasu często lądował albo na półce z książkami albo gdzieś w kącie i przyznam, że trochę go zaniedbywałam. Kiedy pojawiło się trochę luzu postanowiłam się z nim nieco bardziej zaprzyjaźnić i dziś właściwie nie czytam tego, co lubię inaczej, niż na nim. Czytnik oczarował nie tylko mnie, ale również ludzi ze studiów, nie pomijając wykładowców, co było oczywiście bardzo miłe. To tyle, jeśli chodzi o streszczenie tego, co wydarzyło się „po”. Co dał mi Kindle, a o czym wcześniej tylko czytałam albo słyszałam? Dla ludzi, którzy w tym „siedzą”, mój zachwyt może okazać się przesadny i wysoce naciągany, ale ja naprawdę się cieszę, że się na niego zdecydowałam. No dobrze, to przejdźmy do sedna, zaczynając od zalet.

 

1.       Jestem na etapie czytania grubej, nieporęcznej książki, która w wersji papierowej została wydana chyba tylko w twardej oprawie i ważyła tyle, że przebrnęłam tylko przez jej pierwsze rozdziały. Teraz pakuję te 400 stron w Kindla i bez problemu czytam podczas półgodzinnej jazdy tramwajem. Nie dźwigam, nie boję się, że zgubię albo gdzieś przypadkiem zostawię.

2.       Nie muszę już się martwić o to, że nie będę wiedziała gdzie skończyłam czytać. Przy tradycyjnych książkach raczej nie lubiłyśmy się z zakładkami, a ich substytutem były długopisy, paragony, bilety tramwajowe i inne, które niejednokrotnie wypadały.

3.  Mogę sobie powiększać krój pisma, zmieniać interlinię, dodawać i odejmować szeryfy – nie korzystam zbyt często, jednak uważam to za niesamowity plus.

4.       Nie męczę wzroku – ekran zachowuje się idealnie tak, jak kartka papieru.

5.      Darmowy Internet dookoła świata sprawia, że w każdej chwili mogę sprawdzić maila, co jest dla mnie dość ważne – gmail w wersji na komórki całkiem nieźle wygląda.

6.       Myślałam, że 6 cali to trochę za mało, żeby wygodnie czytać, ale okazało się, że ekran jest wystarczająco duży.

7.     Bateria – po pierwszym naładowaniu trzymała dwa tygodnie, przy częstym włączaniu wifi i prezentacji „gadżetu” zaciekawionym. Teraz daję jej jakieś 3 tygodnie.

8.       Wygląd i wygoda. Jestem psują i lepiej, żeby mój Kindle zostawał w etui, ale czasem nie mogę się powstrzymać, żeby go nie wyjąć i nie poużywać bez niego – wtedy zdecydowanie lepiej leży w dłoniach.

9.       Po skończeniu wcześniej wspomnianej grubej, nieporęcznej książki zabieram się za klasykę, która wpadła do domeny publicznej – za darmo.

Korzystanie z e-czytnika, w tym wypadku z Kindle’a ma też swoje wady.

1.       Format ebooków – konwersja chwilę zajmuje i na początku nie mogłam rozgryźć Calibre. Okazało się, że jego obsługa jest dziecinnie prosta.

2.       Dostępność ebooków – no cóż, tutaj jest trochę gorzej, ale dla chcącego nic trudnego. To, co mnie obecnie interesuje jest, o resztę będę się martwić potem.

3.       PDF moim utrapieniem – materiały na zajęcia dostępne w PDF-ie muszę przerabiać, ale też nie zajmuje to nie wiadomo ile czasu.

4.       Przeglądanie stron. Dość uciążliwe, jeśli korzysta się z wersji niemoblilnych, ale wystarczy przed adresem wklepać „lajt” albo „m”, żeby przekonać się, czy nie ma odchudzonego odpowiednika.

Póki co większej ilości wad nie zauważyłam, jednak nie twierdzę, że Kindle jest prawie idealnym cackiem, z którym już nigdy się nie rozstanę – otóż rozstanę i to prawdopodobnie już jutro, przynajmniej na czas sesji, która zbliża się nieuchronnie. Zatem do wakacji!