Na blogu pisałam już o Projekcie Gutenberg, którego ideą jest udostępnianie dzieł literatury światowej, co do której wygasły autorskie prawa majątkowe.  Od tego czasu powstało wiele serwisów bliźniaczych, czerpiących mniej lub więcej z idei projektu-matki, między innymi Project Runnenberg, który był ukierunkowany na udostępnianie literatury skandynawskiej, Bartleby.com, który udostępnia teksty z literatury pięknej i popularnonaukowej, aż w końcu Projekt Gutenberg-DE i właśnie dzisiaj o nim więcej, choć nie będę jeszcze zdradzać dlaczego.

 

Projekt Gutenberg-DE został stworzony w roku 1994 roku przez Guntera Hille, właściciela wydawnictwa Hille Partner. Wszystko wyglądało pięknie – udostępniano dzieła literatury niemieckiej na płytach CD oraz za pośrednictwem strony WWW, więc założenia zgadzały się z tym, co zaproponował Michael Hart. Projekt zakładał, że udostępniony będzie zbiór 5 500 tysiąca dzieł w języku niemieckim należącym do 1 100 autorów, co do których wygasło prawo autorskie. Istna sielaneczka, poza jednym, drobnym szczególikiem – Gunter Hille na wszystkie e-publikacje nałożył prawa autorskie. I właśnie w tym momencie idea zapoczątkowana przez Harta się kończy. Był on i w dalszym ciągu jest za tym, aby nie tylko korzystać z publikacji umieszczonych na serwerze Projektu, ale również udostępniać je i powielać na swoich stronach z zachowaniem autorskich praw osobistych. Hille zapewne większą część, jeśli nie wszystkie dzieła zassał z projektu i najzwyczajniej w świecie je sobie przywłaszczył.

Czasem tak sobie myślę, że dzisiaj podobnie, jak Hille zachowują się też niektórzy Allegrowicze, którzy ściągają darmowe publikacje z ogólnodostępnych serwerów albo co gorsza z torrentów i innych chomików, a potem dobrodusznie ofiarowują niczego nieświadomym klientom, jako gratis. Ostatnio bacznie śledzę to, co się dzieje na Allegro, jestem też w miarę na bieżąco z dyskusją na forum.eksiazki.org i aż się prosi, żeby opisać w jednym miejscu „najciekawsze” przypadki, jak się nie narobić, a zarobić i o ile przebitka do 50 zł jeszcze jest dla mnie do przełknięcia, to już 200-300 złotych zdecydowanie nie. No to może następnym razem…